Trójkąt z niespodziankami. „Małżeństwo we troje” Éric-Emmanuel Schmitt

„Znak” wydał ostatnio nowy zbiór opowiadań płodnego francuskiego pisarza, w Polsce najbardziej chyba znanego z książek „Oskar i pani Róża” oraz „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”, a mniej z genialnej, moim zdaniem, sztuki „Małe zbrodnie małżeńskie”.

Bohaterką pięciu nowych opowiadań jest miłość w różnych konfiguracjach: małżeńska, partnerska, macierzyńska, miłość do zwierzęcia, czy wreszcie miłość własna. Utwory Schmitta zazwyczaj bazują na emocjach i analizie psychologicznej, konstruuje on więc fabuły, które mają to uwydatniać, niestety często z uszczerbkiem dla logiki i swego rodzaju wiarygodności, której brak jest tym, co mnie bardziej czy mniej (w zależności od książki tego autora) irytuje. Trzeba jednak powiedzieć, że w tym konkretnym przypadku forma krótkich opowiadań ratuje sytuację, nie przedłużając nadmiernie niewiarygodnej fabuły. Czytając rozumiałam, że ta czy inna karkołomna konstrukcja jest potrzebna, aby uwypuklić problem i że utwory te to mini-laboratoria, w których na naszych oczach zachodzą reakcje alchemiczne miłości.

Jaka jest ta miłość u Schmitta? Rzadko wyrażana wprost, nierzadko nieuświadomiona. Ogarnięci nią bohaterowie popełniają błędy, błądzą, interpretują sytuację inaczej niż otoczenie, po czym próbują ratować sytuację, jeśli to możliwe. Żyją dla niej, lub dzięki niej, nawet jeśli nie chcą się do tego przyznać.

Najbardziej zaskakujące jest opowiadanie, które użyczyło tytułu całemu zbiorowi. Jest to historia kobiety, wdowy, która postanawia związać się z mało interesującym mężczyzną, żeby poradzić sobie z długami zmarłego męża. Ku jej zaskoczeniu nowy wybranek nie tyle kocha ją, co cień nieżyjącego poprzednika i jego dokonania. Dla poznania puenty tej perełki warto czytać całość. Z kolei nowelka „Pies” zdecydowanie najbardziej mnie wciągnęła, bo tym razem autor zdecydował się wyprowadzić akcję ze sztucznych i pozbawionych tlenu warunków w rzeczywistą i konkretną przestrzeń historyczną. Tym przykrzejszy był dla mnie kiks, na który natrafiłam w połowie opowieści i aż chciało mi się zapytać: panie Schmitt! Czy naprawdę sądzi pan, że radzieccy żołnierze karmili uwolnionych więźniów Auschwitz pasztetami i szynką? Czy w ogóle krasnoarmiejcy znali taką potrawę jak francuskie pâtè? Cóż, moi przodkowie wspominali, że po uwolnieniu z obozów dostawali od wyzwolicieli raczej ich żołnierskie racje żywnościowe: suchary i konserwy.

Ale spokojnie. Nie wiem, dlaczego myśl o popularności książek Schmitta w Polsce napawa mnie jakimś optymizmem. Widać polscy czytelnicy potrzebują czytać o emocjach, w tym miłości. Lepiej w moim odczuciu, żeby sięgali po twórczość tego francuskiego autora, niż kompletnie odrealnione, szczególnie amerykańskie romansidła, czy literaturę spod znaku Grey’a (jeśli w ogóle można w niej odnaleźć cośkolwiek o miłości a nie mam tu na myśli miłości z gatunku bara-bara).

Razem z opowiadaniami Schmitt prezentuje rodzaj pamiętnika z okresu ich pisania. To znacznie ułatwić może czytelnikowi zrozumienie intencji autora przy takim, a nie innym ujęciu tematu. Przy okazji pisarz stwierdza z humorem, że zagraniczni czytelnicy uważają go za twórcę literatury o miłości. I ja, jako czytelnik zagraniczny potwierdzam – ten pan pisze o miłości i jeśli cię ten temat odstręcza, to unikaj jego książek, a najlepiej całej literatury francuskiej, bo cała jest tym przesiąknięta. Jeśli zaś chcesz czytać o miłości, to zaufaj Francuzowi. Nawet jeśli niewiele wie o wojnie, w temacie miłości jest mistrzem.

Monika Karpowicz

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy

Wydawnictwu Znak

znak_logo

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s